×

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 63.

czwartek, 08 marzec 2012 18:54

Jasło, od 2011 r.

Dnia 14.07.2011r. otrzymałyśmy (przedszkola prowadzimy razem ze wspólniczką) pismo, iż nasza dotacja została obniżona i mamy zwrócić kwotę ok. 46.000 (!!) niesłusznie pobranej dotacji od stycznia. Z podstawy naliczania dotacji odliczono nam wydatki bieżące poniesione w przedszkolach publicznych na żywienie. Odwołałyśmy się do SKO i nakazano urzędowi miasta zwrócić nam potrącone pieniądze. Po rozmowie z Naczelnikiem Wydziału Oświaty -p. Dacyl, w trakcie której wyjaśnialiśmy, że pieniądze z dotacji wraz z wpłatami rodziców nie wystarczają na porycie wszystkich kosztów, pani poradziła nam, abyśmy ograniczyły zatrudnienie, wysłały pracownice na bezpłatny urlop, zamknęły przedszkole na 2 miesiące (a przecież koszty stałe pozostają).

Nie wypłacano nam dotacji na dzieci z wczesnym wspomaganiem, chociaż wykazane były w Systemie Informacji Oświatowej, ale nie zgłosiłyśmy do 30.09 roku poprzedniego. Wyrzucano nam, że mamy dziecko romskie ….. Nie odpowiadają na nasze pisma z 25.07, 7.10, 29.11. 2011 r. Prosimy o pomoc i podanie nazwy Stowarzyszenia oraz numer konta, chcemy być członkami.

czwartek, 08 marzec 2012 12:38

MOJA EMOCJONALNA HISTORIA Z ŻYCIA WZIĘTA

Z uwagi na wstrząsającą treść opowiadania zdecydowaliśmy się przytoczyć tekst w całości.

Moja przygoda z przedszkolem zaczęła się w 1989 roku. Trafiłam do pracy na stanowisko nauczyciela w dobrym przedszkolu samorządowym, w czasach kiedy wszyscy mówili: nie warto się uczyć i przyzwyczajać do pracy, bo dzieci jest tak mało, że nie ma to sensu .

Zaczęłam bacznie przyglądać się „od środka” oszczędnościom i dziwnym decyzjom. Do zabawy dzieci miały tylko ogryzione drewniane klocki, a pomoce nauczyciele musieli sami sobie zorganizować (jeśli sobie ich nie zrobili, to ich nie było). Odmawiano przyjmowania dzieci do przedszkoli, by udowodnić, że dzieci jest tak mało, że przedszkola nie są potrzebne.

Finansowanie przedszkola było obowiązkiem gminy. Moje wrażenie było takie, że skoro gmina musiała finansować przedszkola, lepiej było udowadniać, że są one niepotrzebne. W efekcie takiej polityki samorządowej - przedszkola samorządowe trzeba było likwidować, a budynki sprzedawać. W końcu przyszła kolej i na nasze przedszkole.

Decyzja była prosta: albo zrobimy wszystko, by przekonać władzę miejską do pomysłu prywatyzacji przedszkola (bo kosztować będzie mniej), albo zlikwidują placówkę i nasze miejsca pracy . Udało się - władze przystały na pomysł i w ten sposób zostaliśmy prywatni i ….. uznano nas za dziwolągi.

Z niedowierzaniem patrzono na nasze poczynania, dano czas, obserwowano. Po kilku latach sprywatyzowano w celach oszczędności około 95 % placówek przedszkolnych w całym mieście. Dzięki temu sporo placówek przedszkolnych pozostało, niemniej jednak spora ilość zniknęła z powierzchni, ponieważ nie wierzyli, że taka działalność przetrwa (dziś po części widzę, że mieli rację).

W momencie przekształcenia z przedszkola publicznego dzieci było 120, po prywatyzacji (po 2 latach działalności): 180 i ta liczba ciągle rośnie. Nigdy nie mieliśmy problemów z naborem nawet w czasach kiedy mówiono o niżu - dziwiliśmy się gdzie on jest?

Po prywatyzacji placówka zaczęła funkcjonować na normalnym poziomie: dzieci zaczęły przebywać w kolorowych pomieszczeniach (bo urzędnicy przestali decydować na co mamy wydawać pieniądze i ile nam zabrać z budżetu pod koniec roku), dzieci zaczęły się uczyć języków, tańców towarzyskich, uczestniczyć w życiu kulturalnym. Z radością przyjmowałam to, iż bez względu na to z jakiej rodziny dzieci pochodzą, biednej czy bogatej, mają nieograniczoną możliwość korzystania z 3 języków obcych, logopedy, psychologa. Nikt nie musiał nas zmuszać przepisami, by wprowadzić specjalistów, by pomagali dzieciom i ich rodzinom. Im bardziej widoczna była poprawa jakości i warunków dla dzieci, tym więcej pojawiało się instytucji kontrolnych. Nagle wraz ze zmianą struktury własności zmienił się poziom wymagań: przecież was stać, u tych gminnych to dopiero bieda .

Zastanawiałam się dlaczego tak jest, przecież ich dotacja jest dużo wyższa od naszej… Nie oceniam tymi stwierdzeniami przedszkoli publicznych, że są niedobrzy czy prywatnych, że są idealni. Struktura własności bowiem nie świadczy o tym jakie są. To zależy od pasji ludzi pracujących w przedszkolu.

Próbuję uzmysłowić wszystkim czytającym ten tekst, jak ułomne jest nasze prawo i jak, bez skrupułów próbuje zniweczyć wszystko co ludzie próbują stworzyć własną ciężką pracą, kosztem rodziny i wielu wyrzeczeń. Zanim człowiek doprowadzi do porządku pewną część działalności, bo pieniędzy na wszystko brakuje, okazuje się że właśnie ktoś zmienił przepisy i nagle znowu trzeba wszystko zaczynać od nowa.

Nowe przedmioty należałoby wymienić albo mimo, iż niedawno był remont trzeba zrujnować pół budynku by spełnić nowo narzucone normy techniczne.

Łatwo było zaczynać na czymś co już istniało ale w mojej głowie zaczynał drzemać pomysł stworzenia czegoś na wysokim poziomie nie dla wielkich pieniędzy tylko dla pokazania jak powinno wyglądać miejsce w którym chciałabym, by przebywały moje wnuki.

Oczywiście wiązało się to z kredytem i wieloma wyrzeczeniami.

Swoje przedszkole, mimo olbrzymiego doświadczenia otwierałam półtora roku - każdy twierdził, że to szybko, im bardziej kładziono mi kłody pod nogi tym bardziej wiedziałam ,że dzieło muszę dokończyć.

Brakowało pieniędzy i czasu dla rodziny .

Nasze rodzinne soboty i niedziele poświęcaliśmy na wynoszenie gruzu, malowanie, dekorowanie, sprzątanie ..... Były i takie momenty, kiedy rodzina miała już dość, więc szłam sama siedziałam po nocach bo wiedziałam, że muszę skończyć to co zaczęłam. Wiele sprzętów oddałam z własnego domu, bo przecież trzeba się dzielić z innymi. I tak ogołociłam własny dom, by powstało przedszkole w którym jest odrobina mojego domu ale i cząstka własnego serca.

Władze gminy ożywiły się kiedy przedszkole było już prawie gotowe. W imieniu radnych otrzymałam telefon od gminy, że żądają udostepnienia lokalu na oględziny. Nie spodobała mi się ta forma powitania, ale zagryzłam zęby i zaprosiłam ich w terminie, który sama wyznaczyłam byłam przecież u siebie a miejsce stworzyłam dla dzieci, a nie dla nich. Tak naprawdę w czym oni mi pomogli poza donosami do nadzoru budowlanego i innych instytucji?

Po mozolnym uzyskaniu wszystkich zgód i zezwoleń odbyło się pierwsze spotkanie w moim przedszkolu. Władza przyszła, obejrzała kąty, wypytała, zlustrowała i jedynym słowem uznania było stwierdzenie , że standard dość wysoki ale zobaczymy jak długo… Było mi przykro ale oczywiście odpowiedziałam grzecznie (lub niegrzecznie według nich): życzę byście ten standard dogonili u siebie i tym akcentem spotkanie zakończono.

Nabór po otwarciu nowego przedszkola był natychmiastowy, wszystkie miejsca zajęte z listą rezerwowa. Czasem na siłę przyjmowaliśmy dzieci, bo potrzeba była olbrzymia. Rodzice otrzymywali pracę i najzwyczajniej nie mieli co zrobić z dziećmi. Poza tym opinia o przedszkolu była bardzo dobra.

Jakoś funkcjonowaliśmy. Dotację wynikająca z Ustawy o systemie oświaty otrzymaliśmy na najniższym poziomie w regionie. I nagle jeden urzędników gminnych doszedł do wniosku, że niepubliczne przedszkole otrzymuje za dużo pieniędzy. Zaczął wprowadzać prawa po swojemu. Powiedziałam, że nie może tego zrobić, bo są Ustawy – prawo nadrzędne… Usłyszałam w zamian: „Nie ma Pani racji, my możemy wszystko”.

I zaczęło się.

Kontrola i dwie Panie informujące mnie o kontroli na pół godziny przed jej rozpoczęciem, żądające w prywatnej firmie rzeczy, o których nigdy nie miały prawa prosić: Ile jest dzisiaj dzieci? – 38 odpowiedziałam , zapisały. Proszę dać nam dzienniki. Podałam, zliczyły listy obecności, podsumowały i wyszły.

Bez protokołu, bez zastosowania przepisów o kontroli, bez przestrzegania norm kultury.

Minęło kilka dni i nagle otrzymuję telefon, proszę zgłosić się do Urzędu Miasta. Poszłam i to co usłyszałam powaliło mnie z nóg: „U pani bardzo dzieci chorują, a my płacimy tylko na te które są obecne czyli te, które fizycznie mają zaznaczoną obecność na liście. W naszych publicznych dzieci nie chorują, proszę zwrócić dotację”. Myślałam, że to jakiś żart, że ktoś robi mi jakiś kawał i za chwilę zobaczę się w ukrytej kamerze. Niemożliwe było dla mnie to, żeby w kraju gdzie obowiązuje ruch prawostronny, ktoś wbrew prawu stosował zasady ruchu lewostronnego, niezgodnego z prawem.

Nie miałam tych pieniędzy, przecież opłaciłam rachunki, zapłaciłam pensje, podatki, składki ZUS, gaz, prąd, wodę itp. Skąd miałam je wziąć? Poczułam się jak ofiara, która musi zapłacić mafii olbrzymi haracz. Nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe, by w państwie gdzie Sejm stanowi swoje prawo, nie liczyło się ono w gminach.

Ponieważ myślałam, że ktoś się pomylił poszłam do burmistrza w gminie i poprosiłam o obecność innych ważnych osób. To co mówili było nie do uwierzenia:

1.Co nas to obchodzi, że pani nie ma pieniędzy - to pani problem chciało się biznesu to trzeba sobie radzić;

2.Rodzice do pani jeżdżą takimi drogimi samochodami, to oni powinni płacić więcej nie gmina;

3.To, że Sejm wprowadza jakieś przepisy, to nie znaczy że my się z nimi zgadzamy - my stworzyliśmy lepsze prawo od nich, jak będą płacić za przedszkola wtedy niech sobie decydują jakie ma być prawo;

Większość z tych rzeczy była nie do przyjęcia. Rodzice, ponieważ usłyszeli pogłoski, poprosili o spotkanie. Oni byli moją siłą i wsparciem. To oni mnie wspierali, pomagali i tak jest do dnia dzisiejszego. Dlaczego ktoś tyka nasze dzieci przecież dzięki pani mieliśmy gdzie oddać swoje dzieci, oni nam nie pomogli w niczym - mówili.

„Nie może się pani poddać”. Mieli rację - nie mogłam się poddać. Weszłam do sali spojrzałam na dzieci usiadałam na dywanie i zaczęłam bawić się z nimi i rozmawiać. Wtedy gdy patrzyłam na nasze dzieciaki myślałam tylko o jednym: dlaczego dorośli zwłaszcza ci, którzy piastują jakieś stanowiska zapominają o tym, że nie są sami, że są jeszcze ludzie obok, którzy mają potrzeby, o których my jako społeczeństwo nie możemy zapominać .

Nie mogli mnie pozbawić tych cudownych dzieci mądrych i kochanych i ich Rodzin, które były tak zaangażowane w życie naszego przedszkola. Sprawa z gminą skończyła się w sądzie, nie mogłam zrozumieć jak można tak potraktować dzieci i ich rodziców. Ja w tym wszystkim byłam nieistotna. Czułam potworny żal, sama od podstaw stworzyłam przedszkole, nikt mi nie pomógł, nie dołożył grosza.

Gmina tylko czekała aż popełnię jakiś błąd. Nasyłano mi co rusz inne kontrole, jakie tylko były możliwe. Sanepid bo dzieci za dużo . Donosy, pomówienia .

W jakim ja żyję kraju i czy chcę w nim żyć, to jest pytanie? Jak mogę uczyć dzieci szacunku i przywiązania do ojczyzny skoro wiem, że za chwilę i one przez system będą okaleczane .

Wygrałam sprawę w sądzie.

Taki to „dobry biznes”. Do dzisiaj nie odzyskałam zainwestowanych pieniędzy i już na to nie liczę. Dzisiaj Piszę to dla tych, którzy czytając nagłówek w gazecie „Gmina partnerem w interesie „ wierzą w te bajki. Nie każda gmina jest partnerem w interesie. Prowadzę dwa przedszkola, koszmar w jednej gminie się skończył i niestety zaczął się w drugiej. Pewnie znów spotkam się z kolejną gminą w sądzie. Chciałabym prowadzić przedszkole w miejscu, gdzie znajdę partnerów w gminie.

Wiem, że jest to niemożliwe ponieważ ok. 80% gmin płaci tyle ile chce, a nie tyle ile powinno. Ze strony prowadzących przedszkola prywatne : to nie jest to pazerna chęć posiadania zysku. To chęć posiadania środków na prowadzenie czegoś na odpowiednim poziomie, nie byle przetrwać, tylko czegoś dobrego. I to z czym się nie zgadzam, to to, by moi ukochani rodzice płacili więcej. Każdy ma płacić tyle, ile powinien. Czy znajdzie się wreszcie ktoś u góry, kto zrobi z tym porządek?

Prowadzenie przedszkola jest cudownym zajęciem - czasem bardzo wyczerpującym - ale najbardziej wyczerpujące jest walczenie z gminą, która zawsze ma rację nawet wtedy gdy jej nie ma!

Uważajcie, myślcie i nie dajcie zrobić z siebie ofiary systemu !

Pozdrawiam